Pojechałam na mój ostatni trening nauczycielski jako Kobieta napakowana wiedzą, doświadczeniem i dumą z drogi, którą przeszłam.
Nie spodziewałam się jednak, że w jednej chwili moje ciało… odbierze mi dostęp do całej tej wiedzy.
Moje ciało pokazało mi w jednej z bardzo dla mnie pełnej wyzwań praktyk grupowych, że potrzebowało czegoś, czego sama sobie dać naprawdę nie mogłam.
Nieuwikłanej obecności kogoś, kto widział mój rozpad.
I pozostał.
Pamiętam tę praktykę. Zapamiętam ją do końca życia.
Ona dotyczyła tematu swojego porodu i tego, jak ta trauma na nas wpływa, a założeniem tej praktyki było dokończenie reakcji wewnątrz tej traumy i aktywowanie w ciele tego, co ją będzie otulać i dawać poczucie harmonii.
Już w chwili tłumaczenia struktury zaczęłam czuć spłycony oddech.
Łapałam się na myślach, że nie chcę tu być, a będąc w Indonezji powrót do domu zajmie mi 2 doby.
Proces się zaczyna.
Drżenie, panika, chęć ucieczki.
Cała moja wiedza staje się bezużyteczna, a doświadczenia odparowują.
Coś zupełnie innego przejmuje narrację.
Wszyscy na sali robią to, do czego jesteśmy zaproszeniu, a ja… kulę się w kącie, szlocham, łapię się za głowę, bujam i czuję, że tracę rozum.
Osoby, które trzymają strukturę to zauważają, podchodzą do mnie, próbują mówić, nie słyszę.
Przyprowadzają Saritę, która prowadziła przestrzeń.
“She’s ready”, usłyszałam, po czym koś mnie wziął za ręce i dosłownie zostałam wrzucona w swoją kolej.
Gdy skończyłam zaczęłam krzyczeć jak szalona, narobiłam tyle wrzasku, że kilkadziesiąt osób dookoła mnie się zatrzymało.
Próbowali do mnie podchodzić, coś mówili… Nie słyszałam, krzyczałam, darłam się, szlochałam, chciałam ich wszystkich nawet bić, żeby dali mi spokój.
Uciekłam.
Siedziałam w swoim pokoju nie rozumiejąc, co się właśnie stało…
W końcu zgłodniałam i przeszłam się do kantyny.
Było tam parę osób z grupy.
Robiłam wszystko, żeby być jak najmniej widoczną, bo czułam się zawstydzona, upokorzona i beznadziejna.
Podszedł do mnie przyjaciel i spytał, czy może usiąść przy mnie.
Zgodziłam się.
Siedzieliśmy tak chyba pół godziny i w końcu powiedział spokojnym głosem:
“Sabina, pozwól się kochać.”
Skończyłam moje owoce, poszłam do siebie i siedziałam chwilę z tym zdaniem.
Kminiłam to wszystko i zdałam sobie sprawę z wielu rzeczy, jakie do mnie wtedy – w tak silnej reakcji – w ogóle nie mogły dotrzeć.
Wtedy, gdy się rodziłam 40 lat temu...
Wtedy, gdy się rodziłam 40 lat temu w PRL, moja mama męczyła się chyba 30 godzin.
Gdy wreszcie mnie z niej wyduszono (tak, tak to kiedyś robili..), to nie oddychałam, nie poruszałam się, byłam cicha.
Zabrano mnie, „ogarnięto”, położono na jakichś zimnych blachach.
A tu…
Darłam się wniebogłosy.
Dookoła tyle osób spokojnie dało mi przestrzeń, żebym wyraziła to wszystko. Nikt nie próbował mnie uciszać, nikt nie pocieszał, nie ratował, po prostu oczy pełne miłości i zrozumienia w całkowitej obecności.
I to trwało tym razem… chwilę.
Nie 30 godzin.
Pojęłam naprawdę dużo.
“Sabina, daj się kochać”, to też dla mnie się stało o tym, żeby naprawdę zobaczyć, że ta miłość JEST dla mnie dostępna.
W nieuwikłanej, czystej obecności.
Cicha.
Obecna.
Cała czekająca, aż ją zobaczę.
I przyjmę.
Moje pierwsze narodziny: cisza, brak oddechu, oddzielenie, samotność.
I te “drugie”: krzyk, obecność ludzi, czułość, kontakt, pozwolenie na pełnię reakcji.
Od tamtej chwili, gdy pojawia się we mnie ten dawny lęk, moje ciało pamięta już nie tylko samotność. Pamięta też obecność.
„Pozwól się kochać.”
Przyjęłam zrozumienie, że moim zadaniem nie było stać się spokojną, wdzięczną czy łatwą do przyjęcia.
Zadaniem było przyjąć obecność, pozostając dokładnie taką, jaka byłam.
Przyjąć MIŁOŚĆ.
Gdy dzielę się tą bardzo dla mnie trudną i ważną historią, to płynie ona z miejsca niesamowitego klamrowania dla mnie..
Teraz, gdy służę tym, co mam i jak obecną potrafię przy tym być, moje Klientki wracają przy mnie do miejsc osamotnienia, wstydu i rozpadu.
Ja nie ratuję ich.
Zostaję przy nich.
Tyle Kobiet już powiedziało w moją stronę: “stałaś się dla mnie akuszerką dla mnie samej”.
“Pomogłaś mi się narodzić na nowo”.
Dziś wiem, że pewnych miejsc nie zmienia się dzięki lepszemu rozumieniu siebie.
Zmienia się je przy kimś, kto potrafi pozostać, kiedy czujesz, że się rozpadasz.
To z tego miejsca prowadzę moje procesy.
Nie z teorii.
Z doświadczenia bycia przyjętą tam, gdzie sama uważałam się za niemożliwą do przyjęcia.