You are currently viewing Jesteś po procesach puszczania kontroli?

Jesteś po procesach puszczania kontroli?

Jesteś po procesach puszczania kontroli? Też byłam. Ale zgadnij co: KONTROLA NIGDY NIE ZNIKA. Ma coraz ładniejsze fatałaszki.

Miałam taki moment dumy parę lat temu, że myślałam, że “przepracowałam” kontrolę. No bo skoro potrafię regulować oddech, zatrzymać reakcję, powiedzieć „to mój lęk”, to jestem już po drugiej stronie.

A życie wchodzi, sprzeda plaskacza i nagle wszystko jest znowu jasne i widać coś, co było mniej wygodne.

Kontrola nie zniknęła. Nigdy nie znika. Ona przestaje być hałaśliwa. Stała się inteligentna. Duchowa taka. Elegancka jak Grace Kelly.

W praktyce i żywym doświadczeniu przyjrzałam się sobie i zauważyłam, że z tym, że przestałam naciskać, to jednak zaczęłam więcej analizować. Może i przestałam walczyć, ale zaczęłam „świadomie komunikować” bez głębszego pojęcia, że tam nadal były formy wywierania ZA DUŻEGO wpływu.

I w małżeństwie dalej próbowałam ustawić pole tak, żeby… nie czuć bezradności.

Bo prawda jest taka: ja nie boję się konfliktu. O nie, jakem zodiakalny baran, to dla mnie konflikt to w ogóle miejsce świetnej zabawy, konkurencji i w ogóle prężenia muskuł.

Ja boję się PUSTKI. Boję się ciszy, w której nie ma nic do naprawienia. Boję się być NIEPOTRZEBNĄ.

Innymi słowy… to, że dawniej przerażał mnie spokój, który kojarzyłam z nudą, a którego nauczyłam się w sobie tworzyć, by go czuć, ewoluowało w nieznośność ciszy i nic-nie-robienia, nie-działania, nie-mówienia i nie-bycia.

INTENSYWNOŚĆ była moim regulatorem.

Ból → napięcie → eksplozja → ulga. I tak znowu w koło. To naprawdę było subtelne, na  zewnątrz nikt by tego tak nie zobaczył. W ogóle wśród znajomych mam łatkę raczej takiej dość zabawnej, dużo śmiejącej się i bardzo opanowanej osoby zarazem. Może też się odpalam czasem w odpowiednim temacie LOL Ale generalnie: chodzący spokój i pewność, że wszystko luz i carpe diem. Na co dzień? Poćwiczę, pomedytuję, posiedzę sobie, herbatkę popiję. Jak babcia w sanatorium 😀 AAAALE w środku! Ludu złoty, ten mój umysł non stop na najwyższej produkcji: treści, filmy na YT, o czym pogadam z mężem, kiedy, co, jak zrobić, jak zaprosić do przestrzeni tantry, jak zrobić, żebyśmy czuli się xyz, etc.

To dawało poczucie życia. Ruch. Znaczenie.

A pod tym wszystkim siedziało coś starszego. Lęk przed utratą, zniknięciem. Lęk przed śmiercią, który znam od bardzo dawna.

Namiętność była darem. I była strategią przetrwania.

Jeśli jest dramat, to jestem potrzebna.
Jeśli jest napięcie, to mam zadanie.
Jeśli jest coś do ratowania, mam sens.

A co, jeśli… nic nie trzeba ratować…? Co, jeśli relacja nie jest w kryzysie, tylko w ciszy? Co, jeśli ogień nie jest potrzebny, żeby coś się działo?

Wtedy pojawiało się we mnie coś, co mój system interpretował jako zagrożenie: neutralność.

Właśnie tam zaczynała się prawdziwa robota dla mnie.

W małżeństwie przestałam produkować ruch.

Poprosiłam Ukochanego o jedno: że przez jakiś czas (nie wiem ile), nie kochamy się fizycznie, nie prowadzę niczego, nie inicjuję, skupiam się tylko na sobie i swoich potrzebach i jedyne przestrzenie, jakie podzielamy, to wspólny posiłek i chwila przed snem wieczorem.
Przestałam generować napięcie, żeby sprawdzić, czy on się poruszy.
Przestałam być generatorem intensywności.

To było tak cholernie trudne, że nie macie pojęcia. Wychodziłam z systemu reaktywności na dynamikę, którą sama teraz przestałam tworzyć, żeby dać i relacji pooddychać i sobie sprawdzić tak naprawdę, jak bardzo moja tożsamość skleiła się z byciem żoną, partnerką, kochanką… Wiecie “kimś z kimś i przy kimś innym”.

Nagle zobaczyłam coś brutalnie prostego: moja kontrola nie była już lękową próbą manipulowania rzeczywistością poprzez dawkowanie części prawdy, kolorowanie innej i omijanie reszty. Nie. Ona była próbą zabezpieczenia się przed doświadczeniem, że nie wszystko zależy ode mnie. I w takim ładnym opakowaniu… No bo ja tantrika, hipnoterapeutka, bo ja znam mechanizmy, bo ja lepsza w komunikację, bo tyle pomocy przekazałam i słusznej, z dobrymi efektami i… I KURDE BLACHA! Nachapałam się tożsamością ważnej i potrzebnej, bo coś dostarczam, bo daję, bo to jest istotne. Kompletnie zaniedbałam w sobie BYCIE, które teraz, gdy świadomie weszłam w separację i w celibat, wybijało zagłodzone na powierzchnię!

Tak głębiej, to pojęłam, że ja też kiedyś umrę i to ten lęk przed śmiercią maskowałam pędem do życia, do ruchu, z pasją i namiętnością. Ale wciąż: w śmierci źródło było.
Że relacje się zmieniają, to też niby akceptowałam, ale pojęłam, że jednak nie do końca.
Że nie wszystko można utrzymać wolą, to w ogóle pożegnałam. To musiało umrzeć na moje wyciągniecie wtyczki zasilania.

To nie był temat relacji, a temat głęboko egzystencjalny.

Jeśli niczego nie muszę naprawiać… kim jestem?
Jeśli nie ma dramatu.. czy nadal czuję, że żyję?
Jeśli nie próbuję wpływać… czy świat się rozpada, czy tylko ja tracę iluzję wpływu?

Ogień we mnie zostaje. Nie zrezygnowałam z niego, mdła bym była.

Ale uczyłam się czegoś nowego: Ogień jako wybór, a nie jako tarcza przed pustką.

Wierzyłam w ten proces. Sama go zresztą wybrałam. Jeśli tak bolało, jeśli tak mnie ciorało, to rodziło się coś fundamentalnego. Trudne to było dla mnie do przyjęcia, że tam nie było fajerwerków, spektaklu, jakim mogłabym się pochwalić.

To bardziej przypominało zakorzenienie się w życiu i otwarcie na czerpanie z niego – już nie w nastawieniu “chcę i pragnę”, a “przyjmuję, co jest i biorę”.

Tożsamość, która nie potrzebuje dramatu, by czuć istnienie. Miłość, która jest decyzją, a nie regulacją lęku. Intensywność, która płynie z obfitości, a nie z przymusu. Namiętność, która nie polega na “nie mogę tego nie zrobić”, a “wybieram to robić z pasją”.

Trzy pytania dla Ciebie.

  1. Gdzie w Twoim życiu intensywność jest sposobem, by nie czuć ciszy?

  2. Co by się wydarzyło, gdybyś przestała być tą, która porusza sytuację?

  3. Kim jesteś, kiedy niczego nie trzeba ratować/prowadzić – ani w relacji, ani w sobie?

I jedno najprostsze, codzienne: co dziś zrobiłabyś, gdybyś nie próbowała niczego kontrolować – nawet swojego rozwoju? To pytanie rozbrajało we mnie naprawdę dużo.

Love You,
Sabina

Dodaj komentarz

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.