Jak patrzę na różnice między młodą sobą i siebie dzisiejszą, to mnie SZOKUJE, jak bardzo zmiany są niewidoczne, ale jak porażają po latach.
Nie widzimy ich, dopóki nie porównamy się z jedynymi ludźmi, z jakimi porównywać się możemy non stop: z nami samymi z przeszłości.
Z czasu między moimi 20, a 30 urodzinami
Z czasu między moimi 20, a 30 urodzinami ostało się raptem kilka zdjęć mojej twarzy.
Dlaczego…?
Bo nienawidziłam swojego wyglądu do tego stopnia, że jeśli już pozwoliłam zrobić sobie zdjęcie, to zawsze w jakimś wyolbrzymionym, wykrzywionym wyrazie twarzy.
Jest mi przykro, że tak źle o sobie myślałam.
Że byłam dla siebie tak okrutna i sroga…
Byłam kłębkiem frustracji, zaniżania swojej wartości i szczerej nienawiści do siebie.
Do mojej opuchniętej twarzy.
Do tego, że miałam 2-5 okresów w roku, a PMS ciągnął się miesiącami, a mi pękały naczynka na twarzy i nogach, wychodziły pryszcze, wypadały włosy, kruszyły się paznokcie i nie mogłam spać.
Do tego, że przez prawie cały rok mam alergię i nie mogę bez leków wyjść z domu.
Do tego, że mając 22 lata muszę nosić okulary, bo mi wzrok siada.
Do moich wystających, krzywych zębów.
Nienawidziłam zadyszki wchodząc na 2 piętro, cellulitu, moich kształtów, wagi, kolorów…
Powtarzałam sobie wtedy, że moim jedynym atutem jest młodość i przecież to mnie biologicznie stawia jako “atrakcyjną”.
…to smutne było…
Naprawdę widzę po latach, jak mocno zaabsorbowałam w sobie to, co takie niewspierające, a nawet krzywdzące: że ciało kobiety musi być idealne, bo tylko wtedy ona ma jakąś wartość. A ja nie widziała w sobie żadnej wartości i koniecznie chciałam być idealna. Ale nie byłam. Więc byłam bardzo schowana, sztuczna i ciągle smutna i napięta.
Jest mi przykro, że musiałam naprawdę mocno natracić zdrowia i widzieć, jak to się odbija na mojej skórze, nastroju, pamięci i kondycji, żeby zauważyć najbardziej oczywistą rzecz: że nie jadłam jedzenia, a odżywiałam się śmieciami, że pakowałam w siebie masy używek z nikotyną, kofeiną, alkoholem na czele, że non stop się martwiłam, oceniałam, krytykowałam, szydziłam z siebie, że budowałam relacje ze złego miejsca.
Na przestrzeni lat zmieniłam bardzo wiele.
Nie: “się zmieniło”, zmieniłam ja.
Ale wszystko to wynikało TYLKO z jednego i najważniejszego momentu: zaakceptowałam siebie w tamtym położeniu, przestałam się tak besztać, zrozumiałam się i przyjęłam, że ja to nie mam tak, że najpierw się pokocham, a potem tej miłości będę coś robić. Ja mam odwrotnie. Najpierw potrzebowałam dawać sobie miłość, żeby ją w końcu, po czasie, zacząć w sobie czuć. To było jak sianie ziaren, które w końcu zakwitły i zaowocowały.
Ja tak teraz też obserwuję, że miażdżąca większość ludzi, z jakimi pracuję w procesach, to nie są osoby, które czują do siebie miłość, ale to jednocześnie są osoby, które wiedzą, że jej potrzebują.
Jeśli to podzielasz, to może przyjmij, że na początek to tę miłość do siebie się robi. Będziesz ją czasem czuć, a czasem nie będziesz. To jest bardzo realne. Dziś też sama nie zawszę “czuję”, że się kocham, ale mam tego pewność. Bo daję sobie dowody miłości.
Jestem mega dumna z tego, że się fajnie starzeję i czuję coraz witalniej w ciele, coraz lepiej w relacjach, coraz bliżej siebie
Jestem, mam z czego.
Chciałabym z tego miejsca zaprosić Cię do refleksji (od nich zawsze się zaczyna, hehe).
A co, gdyby odpuścić, że miłość do siebie się “czuje” i na moment wyobrazić sobie, że można wiedzieć, że ona jest?
Po czym wtedy poznasz, że ona jest?
Co będzie dla Ciebie twardym dowodem tego, że jednak się kochasz?
Jak taką miłość się pielęgnuje, żeby ją odczuwać wg Ciebie?
Z miłością,
Sabina