A byłam tak daleko od Ciebie, bo byłam daleko od siebie samej też.
“Ty bezwartościowa kupo parującego, śmierdzącego gówna”, brzmiała moja mantra, ilekroć patrzyłam w lustro.
Jak sobie pomyślę, jaki przeskok zrobiłam i to TYLKO DLATEGO, że zakwestionowałam to, co o sobie myślę, to jestem niezmiennie i ciągle zdumiona. I wdzięczna. Ależ jestem wdzięczna.
Życie z takim wewnętrznym dialogiem było okropne.
Wmawiałam sobie
Wmawiałam sobie szczęście, bo miałam zdjęcia ze znajomymi na imprezach.
Wmawiałam sobie, że mam przyjaciół, bo było z kim wypić, z kim wciągnąć, z kim iść do łóżka.
Wmawiałam sobie, że jestem mądra, bo mam menadżerskie stanowisko.
Wmawiałam sobie, że jestem kochana, bo chłopaki do mnie pisali, oglądali się za mną, sprośności proponowali.
Wmawiałam sobie.
Ale co rano powtarzałam sobie też, jakim jebanym gównem jestem.
Nie przesadzam. Serio. Wszelkie przekleństwa najgorsze szły zawsze ode mnie we mnie.
Musiało minąć wiele procesów wewnątrz mnie
Musiało minąć wiele procesów wewnątrz mnie, bym pojęła, że ten okrutny, potworny głos, to był zinternalizowany i wypaczony głos moich rodziców, przez których jako dziecko poczułam się porzucona.
Wiele procesów musiałam przejść, by pojąć, że wmawianie sobie czegoś, w co nie wierzę, tak naprawdę przynosi skutek odwrotny od zamierzonego.
Wiele procesów, wiele inwestycji, wiele załamań, wiele bólu. Tak wielkiego, kurewskiego bólu…
I to wszystko zbliżyło mnie do Siebie
Abym to ja mogła być kochającą Mamą dla siebie i wspierającym Tatą. Abym zobaczyła te role też w moich rodzicach, co wyparłam przez moją dziecięcą krzywdę.
Abym to ja stała się dla Siebie najlepszym kochankiem i dawała sobie tyle czasu, ile potrzebuję i z czułością się traktowała. Abym mogła widzieć wyraźnie kto ma w sobie takie cechy i na takiego Mężczyznę się otworzyć. A potem go zobaczyć, 2 godziny później pocałować i niedługo później zaproponować wspólne życie (tak – tak się zaczęła historia mojego małżeństwa).
Abym to ja stała się swoją najgłośniejszą cheerleaderką i mogła spełnić swoje marzenie o duchowo budowanej karierze, co daje ludziom wartość i przede wszystkim służy dobrem, zmienia percepcję, pomaga i wspiera. Abym mogła zobaczyć w sobie całe pokłady tłumionej siły i zajebistości kryjącej się pod pozornym zje*aniem.
Abym wreszcie pokochała…
Abym wreszcie pokochała się bezwarunkowo i stawiała sobie zdrowe zobowiązania względem siebie i swoich relacji. Żebym przekonała się, jak bardzo to, co sama czuję do siebie przekłada się na to, co inni czują wobec mnie i jak kształtuje to moje doświadczenie, oraz jakim przykładem i wzorem jest to dla innych.
Czy to wszystko znaczy, że już nie boli? Że się nie krytykuję? Że nie przechodzę trudności?
Bynajmniej.
Jest tego znacznie więcej!
Tylko, że teraz…
Tylko, że teraz moja krytyka kończy się na “oj głuptasiu, nie wiedziałaś, no to teraz poczuj to sobie, wyciągnij wiedzę z tego i podziękuj za to sobie i innym”.
Tylko, że teraz mój ból bierze się ze świadomego przekraczania własnych ograniczeń i poszerzania się, rośnięcia, rozwoju. Wzrastam, więc boli. Ale unikanie bólu związanego z rozwojem jest pełnym cierpienia ruchem do zgnicia. A na to nie mogę już pozwalać.
A trudności…? Jestem na nie przygotowana. Po prostu się przydarzają, a ja wybieram by je z wdziękiem przechodzić. Bo to mój wybór.
Jeśli więc kiedykolwiek pomyśłał.e.a.ś o sobie tak, jak ja dawniej myślałam o sobie, lub szukał.e.a.ś wartościowej głębi na płyciźnie, jak ja dawniej to robiłam, to… Może właśnie tak, jak mi dawniej, tak i Tobie, w tym potwornym doświadczeniu, rodzi się właśnie Twoje nowe “TY”.
Może zbliżasz się do Siebie.
Tak, jak ja zbliżyłam się do Siebie.
I dzięki temu mogę być teraz blisko Ciebie.
Może już teraz mogę Ci służyć chociażby tym, żeby złagodzić te krytyczne myśli…?
Nakręciłam niedawno video z tym, jak sobie radzić z wewnętrznym krytykiem. Obczaj, a nuż Ci pomoże:
Jak zawsze: soczystości i mniamuśności Kochani. Dziękuję Wam <3
Sabina