Jest coś, co mnie naprawdę porusza, nie jest to „lekka refleksja”.
Patrzę na to, co nazywamy dziś seksem… i widzę, jak bardzo się odkleiliśmy i od ciała i czucia i siebie.
To, co dziś wielu ludzi nazywa erotyzmem, jest w dużej mierze… performancem. Jest pod wzrok i dla efektu. I koniecznie ze szczyptą (lub łopatą!) presji pod tytułem „czy to działa”, “czy dowiozłem”, “czy będę miała orgazm?”. Szybko. Intensywnie. Natychmiast. Jakby ciało miało coś udowodnić. Jakby podniecenie miało być widoczne, mierzalne, potwierdzone.
Popatrzmy wnikliwie, co się wtedy dzieje: ciało nie wchodzi w doświadczenie, ciało jest wciągane w zadanie.
Ciało nie słucha, ciało reaguje. Ciało nie spotyka, ciało… odgrywa. Taki rodzaj seksu to sekwencja powtarzalnych momentów, w których coś bardzo subtelnego umiera.
Erotyzm, który jest żywy, nie zaczyna się od kulminacji.
On zaczyna się od… obecności. Od tego miejsca, gdzie nic nie trzeba zrobić dobrze. Gdzie nikt nie patrzy, czy „to już”. Gdzie ciało może się rozwinąć, a nie zostać UŻYTE (dotyczy każdej płci).
W tantrze to wygląda zupełnie inaczej.
Męska energia budzi się szybciej. Tantra szanuje i obejmuje czcią tę naturę. Męskie podniecenie wznosi się. I… zostaje. Nie wystrzeliwuje i nie znika. Tworzy przestrzeń.
W tej przestrzeni kobiece ciało zaczyna się otwierać.
Powoli. Czasem bardzo powoli.
Ale kiedy się otwiera… to nie jest „trochę więcej podniecenia”. To jest żywioł. To jest fala, która rośnie, rośnie, rośnie… aż zaczyna nieść.
A potem obie te różne energie się spotykają.
I to jest efekt tego, że ciała zostały w sobie wystarczająco długo. Jego spowolniło, jej przyspieszyło.
Pamiętam taki swój ciekawy moment.
Leżymy obok siebie. Cisza. Zero pośpiechu. Czuję jego oddech. Czuję, jak moje ciało najpierw… nic. Jakby było jakieś “wyłączone”. Dawniej zrobiłabym coś z tym. Przyspieszyłabym. „Pomogłabym” stymulacją siebie, żeby dojść, żeby koniecznie pokazać, że dochodzę, bo… (kurczę, to absurdalne, jak dziś o tym myślę: gdzie ja niby “szłam”? 😀 )
A tym razem… zostałam. Oddychałam cicho, zaczęłam sobie wizualizować, że pod jego palcami na mojej skórze zostają iskierki, że przelewają się po mnie różne kolory. To było… mega ciekawe!. Czekałam, aż coś we mnie zacznie się poruszać naprawdę, a nie „na zawołanie”. W pewnym momencie poczułam coś bardzo subtelnego.
Jakby ciepło zaczęło się rozlewać od środka.
Bez presji, ani żadnego celu.
I to rosło.
Powoli.
Aż w pewnym momencie to już nie było „coś przyjemnego”.
To było… żywe.
To było moje.
Nie dla niego.
Nie „do zrobienia”.
Tylko do przeżycia.
I kiedy się spotkaliśmy…
to nie było nic spektakularnego z zewnątrz.
Ale w środku?
PEŁNIA! I jakie to było niezwykłe, pełne duchowego uniesienia przeżycie, orgazmiczne zupełnie inaczej, niż z intensywnej symulacji!
Pornografia nie stworzyła intensywności.
Ona ją wyrwała z kontekstu.
Wzięła jeden moment z całego procesu… i zrobiła z niego całość, jedyną właściwą. Wzięła ten jeden punkt – najbardziej intensywny, najbardziej widowiskowy – i zrobiła z niego JEDYNY PUNKT. Zrobiła z niego standard, jedyny akceptowalny, sprzedalny, kupowalny i powielany.
Zrobiła z niego oczekiwanie.
W tym miejscu zaczyna się zubożenie. Bo umysł, który uczy ciało tylko tego jednego momentu, przestaje rozpoznawać wszystko inne.
Nie czuje subtelności, ona jest… nudna.
Nie czuje narastania, ono jest wkurzające.
Nie czuje spotkania, ono jest niekomfortowe.
Potrzebuje więcej. Mocniej. Szybciej. Albo… przestaje czuć w ogóle.
Powiem to wprost: pornografia bardzo często działa jak używka. Nie po to, żeby wejść głębiej. Po to, żeby się odciąć, rozładować napięcie, nie czuć, mieć „spokój”.
Kiedy patrzę na pary, które w seksie nie mają: obecności, uważności, czułości, namiętności, prawdziwego spotkania, to… no smutek czuję. Po ludzku mi smutno.
I współczuję.
Bo to jest jak jedzenie plastiku, kiedy Twoje ciało pamięta smak żywego jedzenia.
I jednocześnie wiem jedno: to źródło nie zniknęło. Ono jest. W KAŻDYM ciele, w cielesnej zdolności do czucia. W tym, jak oddychasz.
Tylko że ono nie otwiera się pod presją. Nie otwiera się pod zadaniem. Nie otwiera się pod „zrób to dobrze”.
Ono otwiera się, kiedy JESTEŚMY. Czasem w tym byciu to ciało potrzebuje czasu, żeby się wyczulić ponownie i przypomniec sobie o tym, jak naturalnym jest zwyczajne wpuszczanie w siebie przyjemności, która przeradza się w ekstazę. A nie: NACISKANIA, STYMULACJI, WIĘCEJ, SZYBCIEJ i takie tam… Brrr…
Może zakończę ten wpis pytaniem: czy Twój erotyzm jest dziś spotkaniem, czy symulacją spotkania?
Love,
Sabina