Po praktyce samomiłosnej zostaje we mnie coś, co trudno ubrać w słowa. Coś, co raczej pulsuje niż się tłumaczy.
Kobiecy erotyzm nie budzi się gwałtownie. On najpierw długo krąży po obrzeżach. Jakby sprawdzał, czy naprawdę ma tu miejsce. Czy ktoś się nie spieszy. Czy ciało może odpuścić czujność.
Moja praktyka prowadzi mnie właśnie tam.
Do miejsc, które zwykle są pomijane, a które niosą w sobie ogrom informacji: twarz, ramiona, biodra, stopy.
Dotyk, który nie chce niczego osiągnąć, a jedynie być. Celebrować, pieścić, dawać to piękne ciepło spod dłoni…
Z każdym oddechem czuję, jak ciało mięknie. Jak napięcia puszczają nie dlatego, że zostały „rozpracowane”, ale dlatego, że nie są już potrzebne.
Przyjemność pojawia się falami.
Czasem ledwie zauważalna.
Czasem tak pełna, że aż łzy stawały w oczach.
Wizja, jaka mi się uformowała przed oczami umysłu, to krajobraz. Nie jakiś z trudem “zdobyty” szczyt.Krajobraz, który pięknieje im dłużej się przyglądam i im więcej szczegółów zauważam.
W tantrze i taoizmie od wieków mówi się o tym, że kobieca rozkosz otwiera się od peryferii ku centrum.
Poprzez obecność.
Poprzez uważne spojrzenie.
Poprzez słowa, które nie uwodzą, lecz widzą.
Poprzez ciało, które samo pokazuje, gdzie jest gotowe się otworzyć.
Kobieca przyjemność ma swój własny język
Oddycha. Porusza się. Śmieje się. Czasem drży. Czasem (właściwie całkiem często w moim wypadku…) krzyczy, warczy, syczy. Jak gdybym naprawdę zaczynała wrzeć pod wpływem powolnych subtelności sensualnej przestrzeni i własnego dotyku.
W tej praktyce bardzo wyraźnie poczułam, że erotyzm i duchowość nie są dwiema drogami. To jeden nurt.
Podbrzusze niosło puls życia. Serce otwierało się jak szerokie pole. Przestrzeń intuicji wypełniała się spokojem… bez potrzeby wyjaśnień.
Gdy obejmowałam się ramionami, pojawiało się bezpieczeństwo.
Gdy biodra kołysały się w swoim rytmie, ciało przypominało sobie, że wie.
Gdy dłonie spoczęły na piersiach, czułam miłość, która nie miała kierunku — po prostu płynęła.
Piersi stały się portalem.
Nie symbolem. Doświadczeniem.
Miłości, która karmi.
Miłości, która zasila.
Miłości, która się nie wyczerpuje.
Anahata wszak jest czakrą nadającą u kobiety, my tu już nic nie przyjmiemy, możemy tylko dawać, bo tu jest pełno. Pięknie tę pełnię poczuć, samej się nią ponacierać.
A gdy energia unosi się ku przestrzeni intuicji, czas przestaje mieć znaczenie. Umysł cichnie. Ciało jest otoczone moją obecnością. Ja jestem całością. Wszystkie “fragmenty” mnie powracają do mnie, są ponownie moje.
Kobieca droga oświecenia prowadzi przez ciało, a dokładniej przez przyjemność w ciele. Asceza i dyscyplina jest spójna bardziej z mężczyznami, kobiety potrzebują się po prostu poczuć i stają się MISTYCZNE.
Przez przyjemność, która jest naturalnym stanem regulacji.
Przez zdolność do kochania: siebie, życia, istnienia.
To doświadczenie przypomniało mi, że kobiecy erotyzm rozwija się w przestrzeni, w której jest czas, zaufanie i pozwolenie.
Przyjemność wtedy nie wybucha. Ona rozlewa się. Osadza. I woła do osadzania się ponownie i raz za razem.
I właśnie w tej jakości mieszka siła, której przez lata uczono się nie słuchać. A która, gdy ma przestrzeń, prowadzi bardzo daleko.
Z czułością,
Sabina