You are currently viewing Nie ma miejsca na mężczyznę

Nie ma miejsca na mężczyznę

Tak wiele kobiet trzyma pełne ogarnięcie porządku w każdym rejonie swoich żyć. Również tych, których żyć one dotykają i na jakie wpływają. A tak bardzo skupiają się właśnie na tym porządku, że… nie ma miejsca na mężczyznę.

Niezależne, silne, sprawcze... Chłopice.

Spragnione, łapczywie tęskniące do “prawdziwego mężczyzny”.
Przeważnie, niestety, ten “prawdziwy mężczyzna”, jakiego chcą, to tak naprawdę nic innego, jak uosobienie opiekuńczej przeciwności ich samych, dla nich samych.
Powtórzę to: uosobienie opiekuńczej przeciwności ich samych, dla nich samych. Przeciwieństwo – po to, by puścić te wszystkie obowiązki, te ciężary, to ciągłe decydowanie za każdego. Dla nich samych, by wreszcie to one stały w centrum, by mogły się odprężyć, zrelaksować, rozluźnić, poczuć kochanymi, zauważonymi, docenionymi.

Problem tkwi w tym, że…

To nie jest szukanie “prawdziwego mężczyzny”, tylko mamy, której nie było i takiej, która nie nauczyła… No sorry, ale po prostu: dbania o siebie. Mamy, w innym człowieku i najlepiej pociągającym ciele, która będzie teraz taką mamą, jaką miały mieć.
Tylko czy my chcemy mamy z penisem, który będzie nas od czasu do czasu penetrować, czy człowieka, którego naprawdę zobaczymy takim, jaki jest i któremu – co ważniejsze – MY POZWOLIMY się zobaczyć takimi, jakie jesteśmy?
Wkurwionymi. Dzikimi. Cicho łkającymi. Spragnionymi bliskości i zrozumienia i wstydzącymi się tego.

Też taka byłam i pamiętam, jakie to c*ujowe było.

Pamiętam to dobrze! Żaden facet nie był dość dobry, żaden nie miał tego, co szukam, żaden mi nie wystarczał.
Pamiętam, jak myślałam o sobie i czułam się wobec siebie.
Mężczyźni wokół mnie byli przecudowni i mieli naprawdę wszystko od zawsze, ale to była moja niedojrzała, narcystyczna projekcja na nich… To ja się ciągle sama krytykowałam, sama biczowałam, płakałam nad kompleksami, nad wstrętem do siebie, nad obrzydzeniem siebie…
Tak mnie te rany bolały i tak to jątrzyło, że przewalałam to na nich.
Żeby to tylko z tej strony się trzymało, ale nie… Ta chora dynamika leciała albo z poziomu: on mi nie wystarcza, nie jest dość męski, dość ogarnięty, dość silny na mnie, by mnie “pojąć”, albo do poziomu: “to ja muszę być jakaś nie taka, to ze mną jest coś nie teges, to ja powinnam się uciszyć, dostosować i cieszyć, że w ogóle ktoś mnie chce, bo jak można kochać coś takiego głupiego i obrzydliwego, jak?”.

Nieświadomie, ale nadal: to ja to robiłam.

Pamiętam to dobrze!
Marzyłam o miłości spełnionej, bliskiej, i bezpiecznej i pełnej porywu. W swojej niedojrzałości myślałam, że to niemożliwe w monogamicznym, trwałym związku.
Ale to jak najbardziej możliwe.

Wystarczy dojrzeć.

Przestać być niezależną, silną babą, bo tak naprawdę ta cała niezależność i siła, to przeciwne bieguny małej, rozpłakanej, bezsilnej, osamotnionej dziewczynki.
O taaaak, to to dziecko wewnątrz nas robi te potworzyce, które mają w ciężkiej zbroi chronić to poranione dziecko, byle tylko nikt się nie zbliżył.
A to dziecko tęskni też do miłości. Ale tej miłości się boi, bo jej się z krzywdą kojarzy, więc potworzyca się uruchamia i przekonuje o potrzebie niezależności.
I tak to się nakręca i śmiesznie i tragicznie.
Czasem pytam się siebie, gdy czuję moją potworzycę: po co Ci ta cała siła i niezależność…?
Czy nadal masz 3 lata i jesteś dokładnie w tym samym położeniu, co wtedy…?
A może czas dojrzeć i… pozwolić sobie na przyjemną głupkowatość, radość, bliskość, magnetyzm i prawdziwą siłę, czyli łagodność i świadomość siebie i swojego ciała…? Ty decydujesz.
No właśnie… Czy decydujesz Ty, czy może głodne miłości dziecko w Tobie lub fasada, jakiej nabrała?

Mniamuśności i soczystości,

Sabina

Dodaj komentarz

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.