You are currently viewing Rozwód, który uratował moje małżeństwo

Rozwód, który uratował moje małżeństwo

Miałam taki moment w moim małżeństwie, że poczułam bardzo wyraźnie: moją robotą jest wziąć ROZWÓD.

Ale nie z mężem.

Z wersją mnie, która do tej pory w tym małżeństwie była.

A on… zrobił dokładnie to samo. Rozwiódł się ze swoją wersją siebie, która była w tej relacji.

Tak najuczciwiej, jak potrafię, to chciałabym, żeby też w tym miejscu wybrzmiało coś ważnego: z ogromną wdzięcznością patrzę na te wersje nas. One nas tu doprowadziły. One zrobiły swoją robotę i spełniły swoje role.

Wyprowadziły nas z poprzedniego etapu. Ale dalej… nie były już w stanie nas ponieść. Nie mają takiej pojemności.

Bo zaczęło się robić ciasno. Dusiliśmy się. Gnuśnie było za bardzo… było za bardzo wiadomo.

Za bardzo „wiem, jaki jesteś”.
Za bardzo „wiem, jak zareagujesz”.

Za mało miejsca na to, kim jesteśmy TERAZ.

Zanim przyszła decyzja o tej wewnętrznej separacji, zatrzymałam się i zadałam sobie kilka bardzo niewygodnych pytań. Z myśli o nim i tym, jaki on jest, albo nie jest, szybko przekierowałam się do jedynego miejsca, gdzie mieszka moja wolność i sprawczość i jedynej przestrzeni, nad jaką mam swój wpływ: na SIEBIE. 

Mega uczciwie ze sobą pobyłam i po moich wnioskach, przedstawiłam je Ukochanemu.

Czy ja lubię siebie, kiedy jestem przy nim? Nie „czy go kocham”. Tylko: jaka JA jestem w tej relacji? No bo prawda była taka, że przestałam się lubić. 

Czy kiedy o nim myślę, czuję ekscytację, czy raczej przewidywalność…? Z ręką na sercu: czułam, że znowu czeka mnie dźwiganie czegoś. 

Czy fantazjuję o nim? Czy moje ciało jeszcze go wybiera? Czy go pragnę? Nie tylko fizycznie. Ale też… życiowo. I na te pytania czułam w sobie zalewające “nie”. Z przykrością i smutkiem to piszę, ale taka była prawda.

Czy czuję, że mogę na nim opaść? Naprawdę. Nie „radzę sobie i ogarniam”. Tylko: czy mogę przestać trzymać wszystko? I tu miałam dziwne odczucie, bo to pytanie mi pokazało 2 równoległe, jak gdyby wykluczające się rzeczy – o tym, że czuję, że nie mogę się rozpaść przed nim, bo on może tego nie ogarnąć i jednocześnie to, że… ja sobie wcale na to nie pozwalam, więc skąd mam wiedzieć, że tego nie ogarnie…?

Zadałam sobie też pytanie, jakie postawiła przede mną moja ukochana przyjaciółka Agata. Spytała się mnie: ej Sabina, a czy Ty nie czujesz się większa od niego? A ja wtedy z entuzjazmem w głosie powiedziałam wybrzmiewające w całym moim ciele “TAK”. I od razu poczułam przestrach przed tym, co powiedziałam. Pojęłam wtedy coś bardzo ważnego… cholera, myślę sobie, przecież ja się redukuję… Jak ja mam mu zaufać z moją wielkością, jeśli sama na nią nie pozwalam…? Jeśli się redukuję, chroniąc jego pojemność, to jak on ma wzrosnąć na zaproszenie, a nie pod wpływem presji…?

To są pytania, których nie da się obejść.

Nie da się ich „zrozumieć”. Je się CZUJE.

Albo się ich nie czuje. Proste.

A to, co mnie popchnęło do tej decyzji, to nie był dramat. To była uczciwość i szczerość. Taka, przed którą nie da się już uciec.

I potem stało się coś bardzo prostego w założeniu i bardzo trudnego w wykonaniu.

Podjęcie decyzji o tym, że się wybieramy, że chcemy przewalić ten cały syf, cośmy go narobili i że chcemy czerpać z tego doświadczenia tylko wdzięczność dla siebie – to było proste. Wykonanie tego…? No cóż. Dzieci we mgle. No, ale propsy dla nas obojga za to, że potrafimy zakasać rękawy i akceptujemy w sobie strach o to, że oboje będziemy pokraczni i dziwni w procesie. Że naprawdę będzie dziwnie.

ZACZĘLIŚMY OD NOWA.

To było tak łopatologiczne, że siwy dym LOL. Pytaliśmy się o rzeczy, które „przecież wiemy”. O swoje potrzeby, o pragnienia, aspiracje, ambicje, najgorsze wady i szkodliwe zachowania. Słuchając historii, które już słyszeliśmy – ale z zupełnie innego miejsca.

Okazało się, że… to nie są te same historie. Bo my nie byliśmy już tymi samymi ludźmi.

Teraz chwilami mamy z tego bekę i mówimy do siebie:

„a wiesz, co mój ex robił?”
„a wiesz, jaka była moja była żona?” 😄

I jest w tym lekkość. Bo naprawdę się spotykamy.

W tu i teraz. Korzystamy z naszej kreatywności, naszych zasobów i jesteśmy w tym dla siebie ludzcy.

Może to jest coś, z czym chciałabym ten list zostawić: może Twoja relacja nie potrzebuje końca. Może potrzebuje prawdy…?

Takiej, która rozbiera iluzję „wiem, kim jesteś”.

Takiej, która robi miejsce na „pokaż mi się na nowo”.

Jeśli czujesz, że jesteś w takim miejscu… to jesteś bliżej przełomu, niż Ci się wydaje. Nie cofaj się, nie redukuj się, nie dopasowuj się… Cena jest za duża!

Można przez to przejść świadomie. Nie idealnie i nie bez bólu.

Ale… prawdziwie.

Jeśli chcesz, żebym Ci w tym potowarzyszyła – to jest dokładnie przestrzeń, w której pracuję.

Love,
Sabina

Dodaj komentarz

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.