You are currently viewing Porozmawiajmy o sytuacji, w której dwoje w relacji ma kryzys…

Porozmawiajmy o sytuacji, w której dwoje w relacji ma kryzys…

Porozmawiajmy o sytuacji, w której dwoje w relacji ma kryzys i jedna osoba w relacji naprawdę czuje żal za to, co zrobiła albo czego nie zrobiła, raniąc tę drugą. Naprawdę obiecuje – i widać to, i czuć. Obiecuje tę zmianę, obiecuje inną postawę. I w tej chwili naprawdę wierzy, że teraz będzie inaczej.

Ech… Jak pewnie już wyczuwasz, mówię ze swojej perspektywy i własnym doświadczeniem. Ufam, że jego wyraz, da jakiś zarys mapy emocjonalnej dla kogoś, kto przechodzi coś podobnego, co my w naszym małżeństwie.

Problem nie jest w intencji

Problem jest w braku zdolności do długoterminowej zmiany bez zewnętrznego nacisku.

I gdy tym naciskiem jest jedna osoba w relacji, a druga popada w ten żal, w te obietnice, w wiarę w danej chwili, gdy składa te obietnice i czuje ten żal, że teraz będzie inaczej – to do tego momentu ta druga osoba nie musi wziąć odpowiedzialności za siebie. Nawet jeśli bardzo kocha tę pierwszą, którą zraniła albo wobec której dopuściła się czegoś, co było krzywdzące dla całej relacji.

Tą pierwszą osobą jestem ja – może się z tym identyfikujesz – inicjuje rozmowę, sygnalizuje, że coś gdzieś zbacza, pilnuje kierunku, to… ma odpowiedzialność za całą relację na sobie.

Czasem ta druga osoba (w tym wypadku mój Mąż, i może z nim się identyfikujesz), dopiero rusza, zdaje sobie sprawę z tego, co się stało, gdy widzi realne wycofanie, czuje zagrożenie utraty, nagle zacznie coś inicjować. Wtedy dorastam w sobie, by zadać sobie najtrudniejsze pytanie:

Czy on chce NAS i MNIE w nas, czy chce wrócić do komfortu, który dawałam?

Nie trzeba odpowiadać na to głową. Lepiej nie, nawet. Trzeba odpowiedzieć sobie ciałem. Bo ciało wie. Ciało naprawdę wie.

Ja – w takich momentach, gdy inicjuję, prowadzę, namierzam, nazywam, wybaczam, trzymam przestrzeń na rozmowy, reguluję emocje, sprawdzam, na ile ustalenia działają od ostatnich konfliktów i tego, cośmy sobie obiecali – i która czuję się zraniona, że on popada ciągle w ten sam rodzaj żalu, przeprosin bez pokrycia… i ta niemalże wyniszczająca wiara, że od teraz będzie inaczej, będzie lepiej – ja muszę przyjąć do wiadomości coś naprawdę bardzo ważnego.

Bo w tych momentach, kiedy tak właśnie prowadzę to wszystko, czuję czasami aż “za bardzo”, że mnie jest “za dużo”, jakbym wywierała też w efekcie presję, a nie zapraszała. Jakbym była  rodzicem. I nic dziwnego – bo jestem w takiej dynamice w tym momencie. To “za bardzo”, “za dużo”, to nie jest fanaberia, to w tym kontekście ponowne realizowanie się w roli rodzica, w której jestem za długo i za dużo.

I przyznaję szczerze, z mojej własnej historii: ja niejednokrotnie myślałam o sobie w takich chwilach, że jestem strasznie trudną partnerką. Że jestem wymagająca. Że mam nie wiadomo jakie oczekiwania.

Ale to nie były nie wiadomo jakie oczekiwania

Ja pragnęłam zawsze obecności.
Żywego kontaktu.
Jego odpowiedzialności za siebie i za jego część w naszej relacji. Nigdy za mnie.

Tymczasem – ponieważ pochodzę z domu, z jakiego pochodzę, ponieważ mój Ukochany pochodzi z takiego, z jakiego on pochodzi – to ja, nauczona przez przykład mojej silnej i wszystko ogarniającej mamy, zaczęłam po prostu brać na siebie rzeczy. Tak po prostu.

I odnajdywałam się w punktach, w których czułam, że dźwigam tę relację na swoich plecach.

A mój ukochany, który wyrósł z domu, w którym również mama była silna i wszechogarniająca wszystko – przywykł, że kobiety takie są.

I tu nic nie wypływa ze złego miejsca.

Ale ja nabrałam w sobie siły, która była za kilkoro ludzi, a on swojej siły nie ukierunkował i stał się pasywny przy mnie (bo nie musiał być silny – ot mój nikczemny wpływ na dynamikę relacji w takich chwilach).

Nie robiłam tego, żeby prowokować.

To było zawsze poprzedzone rozmowami, wyłożeniem kart na stół, określeniem, jak się w tym czuję, co zauważam, co widzę, że nie działa, jakie obietnice nie są spełniane, gdzie i jak komunikuję, ale nie spotyka się to z odbiorem.

I wycofywałam się po tych komunikatach, po tym, jak one też nie działały – i robiłam to, bo już nie chciałam dalej się zużywać.

To była ogromna różnica

Coś, co mnie też zawsze zatrzymywało w takich dynamikach – to było to, że mam w sobie ogromną zdolność wzbudzania w sobie miłości.

To jest automatyczne dla mnie. To wzbudzanie w sobie miłości do niego – jest automatyczne.To się dzieje samo z siebie. To jest potężna zdolność i jednocześnie pułapka czasami.

Bo jeśli jedna strona:
– generuje miłość,
– podtrzymuje erotykę,
– inicjuje kontakt,
– reguluje napięcie –

to druga nie musi się starać.

I to nie wynika z cynizmu. Ten system sam się ustawia w ten sposób, bo jest to zgodne z wczesnym ustrojeniem, gdzie silna baba wszystko dźwignie.

Czasem wciąż popadam w takie coś razem z moim mężem.
I wtedy zawsze zastanawiam się, czy ja nie jestem dokładnie tą osobą, która tak naprawdę blokuje go od rozwoju.

Dochodzi do mnie smutna myśl, że w wielu aspektach ja ten jego rozwój zastępowałam. Taki był rytm naszej dynamiki.

Ja byłam tą stroną inicjującą, zapraszającą, czasem prowokującą niemalże, czasem popychającą, ciągnącą – ale nie mogę zastąpić czegoś, co powinno wynikać z własnego pragnienia, z własnej potrzeby, z własnej kierunkowości.

I nie ma znaczenia, ile inspiruję, zapraszam, jak bardzo kocham i jak głęboko kocham.
To nie ma znaczenia.

Jeżeli widzę, że ten potencjał miłosny… ten potencjał miłosny, jaki mam, tak naprawdę spada na grunt, który tego nie przyjmuje, który tego nie rozwija, nie bierze dla siebie i nie idzie z tym dalej – to to jest bez sensu. A to nie jest jego wina. To po mojej stronie leży patrzeć, gdzie zaczynam się rozdawać. MOJEJ. Uczciwie dodam, że on długo nie miał w sobie takiego kompasu emocjonalnego, żeby powiedzieć mi “dość” i ustawić z samego siebie granicę tego odpływu. Nad tym wciąż pracujemy. Bo wielka szkoda taką miłość tracić bez sensu.

Jesteśmy z moim mężem już któryś raz z kolei – i rozstawaliśmy się zawsze z tych samych powodów.

Czuję, że to koło naszego schematu to jest to coś, co zawsze będziemy ciągnąć. I to nie jest tak, że jesteśmy nieszczęśliwi razem, albo że ja tu mam jakąś orkę w tej relacji. Bo tak nie jest.

Ale to, co jest inne – i głęboko we mnie otoczone akceptacją – to to, że ja się wycofuję teraz znacznie szybciej.

Przestaję inicjować prędzej.
Przyglądam się baczniej.
Szybciej reaguję.
Szybciej sprowadzam rzeczy – gdy zauważam, że są nieuważnie prowadzone – do prostych komunikatów, które sprowadzają się do tego, że:

„Czy chcesz ze mną być? Bo tak, jak teraz jest – to ja nie chcę z Tobą być. Ja Cię kocham, ale jeśli moja miłość blokuje Twój rozwój, to z miłości do Ciebie – muszę Cię zostawić. Bo ja też wolałabym być sama, niż być ograniczana.”

To są momenty otrzeźwienia i są trudne.

Ten list tak naprawdę jest podzieleniem się doświadczeniami kobiety, które to doświadczenie widzę w wielu kobietach. Nie we wszystkich, ale w wielu.

Moje małżeństwo popada czasem właśnie w taką dynamikę, która może je kiedyś skończyć.

Jestem szczęśliwa, że mój mąż – kiedy zaczyna wybierać siebie – to zaczyna mieć też miejsce na mnie. Jednak to, że on wybiera siebie zawsze poprzedzane jest tym, że najpierw JA WYBIORĘ SIEBIE. Zatrzymam się, popatrzę, gdzie cały potencjał bliskości i miłości odpływa, czy jest przyjęty, czy po prostu gdzieś znika… Kiedy czuję ból, tęsknotę, samotność przy nim, niewidzialność w jego oczach, to już wiem, że dałam z siebie za dużo. Czemu on miałby to szanować? to byłoby nieuczciwe ode mnie, by wymagać szacunku za to, że się rozdałam. Dobra intencja nie ma tu znaczenia. 

Wycofuję się, odnawiam moje śluby ze mną. Kiedy czuję, że mam przy sobie miejsce na niego, to on musi zrobić to samo ze sobą.

Jestem wtedy szczęśliwa.
Jestem szczęśliwa, bo wtedy jakbym miała większe skrzydła i frunęła wyżej.
I czujemy się oboje wtedy pięknie.
Te momenty nas napełniają.

Ciągle, ciągle badamy – ja na pewno – czy tych chwil, w których mam skrzydła i czuję się, jakbym była i uziemiona, i z głową w chmurach,
czy tych chwil jest więcej, w porównaniu do tych, które są takie dojmujące.

I zawsze jest ich znacznie, znacznie, znacznie więcej.

Przytulam,
Sabina

Dodaj komentarz

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.