You are currently viewing Słyszę to od lat

Słyszę to od lat

Że moje małżeństwo nie może być naprawdę szczęśliwe, bo nie mamy dzieci.

Albo, paradoksalnie, że moje małżeństwo jest szczęśliwe, dlatego właśnie, że nie mamy dzieci.

Że dzieci „sprawdzają” związek. Z tym się akurat bardzo zgadzam i rozwinę to dalej.

Najciekawsze? Takie komentarze padają ZAWSZE od rodziców.

To nie są pytania bezdzietnych.

To głosy tych, którzy już są rodzicami.

I zastanawiam się: dlaczego?

Czy to naprawdę troska? Chciałabym, żeby była, ale mam zbyt silny bullshit detector. Bo częściej przychodzi mi raczej pytanie:

Czy może próba zagłuszenia w sobie tego, z czym sami się nie skonfrontowali?

Bo narracja o bezdzietnych jest tak samo kłamliwa, jak zabawne TikToki, w których pokazuje się bezdzietnych jako ludzi, co rano jedzą śniadanie w Paryżu, w południe makaron w Rzymie, a wieczorem idą na masaż, mając nieograniczoną ilość czasu i pieniędzy.

Bzdura. Natura pustki nie znosi.

Mój biznes jest moim dzieckiem.

Codziennie pracuję z tysiącami wewnętrznych dzieci moich klientek i klientów – i w tym realizuję swoją matczyność.

Mój mąż realizuje też swoje ojcostwo: w kontakcie ze sobą, ze mną, z męskimi i chłopięcymi figurami, które spotyka. Poza tym jest ojcem dla nastoletniej córki, ze swojego poprzedniego związku i wciąż jest tak samo kwestionowany i to też mnie wprawia w zastanowienie.

Rodzicielstwo to nie tylko biologiczny potomek. To o wiele więcej.

I tu dochodzimy do czegoś bardzo ważnego.

Bo jeśli słyszę zdanie: „jesteśmy razem dla dobra dzieci”, to mam ciarki na plecach.

Bo wiem, co ono naprawdę oznacza.

Pracuję z dorosłymi, którzy dorastali w takich domach.

Domach, gdzie rodzice się nie cierpieli, ale zostali razem, bo „ciąża się przydarzyła”.

Domach, gdzie dziecko miało być spoiwem relacji. Klejem, który miał utrzymać rodziców.

A to dziecko musiało za wcześnie przestać być dzieckiem.

Stawało się ratownikiem.

Maskotką.

Buntownikiem.

Małym geniuszem.

Naprawiaczem.

Kimś, kto nie mógł po prostu być sobą, bo musiał udźwignąć to, czego nie unieśli dorośli.

I takie dziecko dorasta z przekonaniem: „to przeze mnie rodzice cierpią”.

„To ja jestem winna temu, że są razem, choć się nienawidzą.”

i mimo tego, że słyszy od rodziców: my jesteśmy ze sobą dla Ciebie. Nie, nie są dla dziecka. Dziecko czuje prawdę pod spodem, ale jak ma ją wyrazić?

A w dorosłym życiu powtarza tę dynamikę.

Wchodzi w relacje nie z poziomu dojrzałego partnera, ale z poziomu dziecka, które desperacko próbuje naprawić, skleić, zasłużyć.

I to są procesy, które trwają miesiącami. Latami.

Procesy żmudne, bolesne, ale niesamowicie uwalniające.

Bo dopiero odcięcie się od tej odpowiedzialności – za los rodziców, za ich wybory, za ich nieszczęście – daje możliwość prawdziwej dorosłej miłości.

Dlatego nie kupuję narracji, że dziecko „ratuje” związek.

Nie kupuję, że małżeństwo bez dziecka jest mniej prawdziwe, albo – co gorsza – jest szczęśliwe dlatego, że dzieci nie ma. To już jest AGRESJA.

Bo szczęście w związku nigdy nie zależy od tego, czy są dzieci, czy ich nie ma.

Szczęście zależy od dojrzałości, od decyzji, które podejmują dorośli.

I powiem to jasno:

jeśli rodzic mówi „robimy to wszystko dla ciebie”, to dziecko słyszy coś innego.

Słyszy: „cierpimy przez ciebie”.

I bierze na siebie los rodziców.

I będzie go powtarzać, dopóki nie odważy się go odciąć.

A więc jeśli czasem kwestionujesz moje małżeństwo dlatego, że nie ma w nim dzieci – spójrz najpierw w swoje.

Bo ja nie mówię tego przeciwko Tobie.

Mówię to do Ciebie.

Z troski. Z doświadczenia. Z miłości.

Bo związki nie upadają od braku dzieci. Związki upadają od braku dojrzałości.

Z miłością,
Sabina

Dodaj komentarz

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.