You are currently viewing Dla każdej osoby, która jest w relacji z kimś, kto ma otwartą ranę matczyną

Dla każdej osoby, która jest w relacji z kimś, kto ma otwartą ranę matczyną

Rana matczyna jest bardzo złożona i głęboka.

Każdy z nas ją nosi.

Wyobraź sobie, że jesteś w przestrzeni, w której wszystko jest Ci zapewnione. Dane z góry. Jest tu najbezpieczniej na świecie… Obficie, blisko, przyjemnie, ciepło. Jesteś w ciągłych objęciach. I znasz TYLKO to. To jest cała Twoja rzeczywistość. A potem… potem jesteś z niej wyrzucona/wyrzucony. Dosłownie. Jest siła, która Cię z tego wypycha w mróz, poczucie separacji, oddzielenia. Jesteś w całkowitej bezbronności, kompletnej bezradności – gdzie jest to boskie poczucie jedności, to poczucie bezpieczeństwa i ciepła?

Tak przechodzimy przez poród. To pierwszy wymiar rany, z jakim wchodzimy w życie.

Nie każdy z nas rodził się ekstatycznie. To wielkie szczęście, jeśli nasze mamy przechodziły przez poród orgazmiczny, co się dzieje na świecie, ale umówmy się – my, dzisiejsi dorośli, nie przychodziliśmy na świat ekstatycznie. Te porody były zmedykalizowane, oświetlone, w zimnie, sztucznym świetle, w pośpiechu, sztucznie przyspieszone, wywołane. Bywaliśmy wyciągani nagle, gdy rodziliśmy się przez cesarkę, nawet nie było ostrzeżenia.

NIE MA OSOBY bez rany matczynej. Po porodzie matka staje się symbolem miłości bezwarunkowej, która może nagle się skończyć. Czuję, że decydując się na macierzyństwo, warto też objąć w sobie, że jako kobieta – stajesz się zarówno źródłem ciepła i miłości, jak i wymiarem niebezpieczeństwa, które nagle dla kogoś (dziecka) będzie symbolizować strach przed nagłym odcięciem od tego wymiaru miłości absolutnej.

To jest  pierwszy „test” naszej zdolności do adaptacji i objęcia sobą takiej zmiany. To symbol życia w swojej istocie: wymiana dawania i brania, ciemności i światła, bycia i działania, podróży i powrotów.

Nie każdy z nas miał mamę, która to czuła i rozumiała z góry. Sporo z nas miało mamy, które same miały sporo ładunków w sobie, z jakimi sobie nie radziły.

Moja mama, mama mojego Ukochanego – nie były inne. To są silne kobiety, które rodziły w najbardziej przełomowym momencie dla Polski: koniec komuny, początek kapitalizmu, wejście w rynek pracy dla kobiet, który oznaczał, że mogły pracować i musiały pracować dalej w domu. One nie miały narzędzi na objęcie tak ogromnej presji. One radziły sobie, jak mogły. Za to TRZEBA je szanować. Naprawdę dały tyle, ile miały. Ale… Z tym, czego nam nie dały, to już zostajemy jako dorośli.

Nosiłam w sobie potężną ranę matczyną. Tak, jak wspomniałam, mój Ukochany też. To było dla nas obojga trudne do namierzenia i przejścia, ale dało nam niezwykłą wiedzę i świadomość o tym, jak sobie z tym radzić, jak to w sobie ukochać i przejść przez ten proces zintegrowania w sobie takiego potężnego i gęstego cienia.

Trzeba uleczyć swoją traumę. Trzeba się ukochać w procesach, które mają działanie terapeutyczne. Trzeba wreszcie: stać się dla siebie taką matką, jakiej się potrzebuje. Źródłem miłości bezwarunkowej. Trzeba. Dlaczego? Bo inaczej relacje się rozsypują, życie jest zagrażające, cokolwiek, co przychodzi, dostaje miano ryzyka odrzucenia. Dostrzegam to w tak wielu osobach i serce mi się ściska na samą myśl o tym, ilu z nas to w sobie nosi.

Takie to jest.

Jak to to rozpoznać…? Co się dzieje, kiedy rana matczyna jest aktywna?

Po pierwsze, ta rana NIGDY nie aktywuje się na początku relacji. Aktywuje się, gdy zobowiązania, potrzeby i odpowiedzialność zaczynają wchodzić na scenę wewnątrz związku. Na początku jesteśmy dla siebie swoimi ulubionymi ludźmi. Ciągle jest otwartość na bliskość, dotyk, wspólne przeżywanie, spędzanie czasu. Te początki związku są nakręcone dopaminą, serotoniną i oksytocyną. Energią nowości, fascynacji, projekcji ideału w płaszczyku chemii. To jest i nasza i tej osoby najlepsza możliwa wersja.

To, jak patrzymy na siebie – to jest to, czego pragnęliśmy najbardziej.

Aż dobijamy po czasie do miejsca, gdzie pojawia się żal. Jak ktoś, dla kogo byłam/byłem ulubionym człowiekiem, nagle mnie tak odrzuca, ma do mnie taki dystans…? Nikt na tego rodzaju żal nas nie przygotowuje. Żałoba po kimś, kto żyje, oddycha przed Tobą, stoi przed Tobą ŻYWY, ale w jakiejś wersji: martwy.

Im bliżej podchodzimy, tym bardziej ta osoba się odsuwa emocjonalnie i energetycznie. Ciało jest, ale obecność tej osoby – zupełnie odleciała. Nagle Twoje potrzeby odbierasz jako za duże, czujesz się „za bardzo”, Twój głos stał się problemem, a smutek czymś, co wywołuje przewracanie oczami.

Intymność stwarza stałość, a stałość stwarza miejsce na wyjście triggera na wierzch. Intymność, gdy się pogłębia, pogłębiają się pragnienia, oczekiwania. Pojawiają się potrzeby, granice, pragnienia. A to jest TEN PUNKT, w którym aktywuje się dziecięce w nas. Nagle stajemy się kimś, kto chce czegoś od drugiej osoby: emocjonalnego zestrojenia. Kimś, kogo łzy, czy poczucie zawodu sprawia, że w drugiej osobie budzi się coś znanego, coś już przeżywanego wcześniej i nagle system nerwowy wrzeszczy: o nie, to już nie jest zabawa!

Przywiązanie wybudza rany, bo idzie z nim w parze niemożność ucieczki od odpowiedzialności. A to jest właśnie tym, czego dziecko się nauczyło, a nie chciało przeżywać. Nie mogło uciec od nastrojów mamy, która sobie nie radziła ze sobą. Nie mogło wyznaczyć granic (dzieci tego nie umieją!). Nie mogło powiedzieć „nie, zaopiekuj się sobą, znajdź dla siebie pomoc, bo ja od tego nie jestem”. Nie mogło być nieidealne i nadal czuć się bezpiecznie. A teraz, jako już dorosła osoba, im bliżej drugi człowiek jest przy jej sercu, tym więcej PANIKI to wzbudza. Im bliżej bezbronności, tym większa chęć ucieczki. Im więcej drugi człowiek wyraża, tym bardziej ta osoba się zamyka. Taka osoba nie zauważa różnicy pomiędzy „moja ukochana osoba pragnie mnie w obecności przy niej”, a „zaraz się zatracę, jak w dzieciństwie”.

To potworny układ, bo jedna osoba staje się tą Matką, a druga zaczyna nią gardzić i ją za to odrzucać. To głębokie, neurobiologiczne i energetyczne uzwojenie, nie wybór. To samo uzwojenie, jakie uformowało ten styl przywiązania, teraz zaczyna zajeżdżać całą relację i to trwa do czasu, aż taka osoba zrobi ze sobą robotę naprawczą (sorry za określenie, ale tak, to jest przebudowa czegoś antycznego w coś nowego i jawi się jako proces wymagający pracy). Niemniej, do tego momentu: głos osoby uwikłanej, dla osoby z aktywną raną matczyną, jawi się jako krytycyzm. Jej/jego potrzeby są zagrożeniem. Jej/jego smutek = WINĄ. Jego/jej granice, duszącym WIĘZIENIEM. Jej/jego miłość – i to jest chyba najtrudniejsze = PRESJĄ. Nagle dla kogoś z raną matczyną, ukochana osoba jest nie ukojeniem, a pułapką. I NIGDY nie jest to dlatego, że ta osoba się faktycznie taką stała, ale dlatego, że jej obecność aktywowała ranę matczyną.

Ta rana się aktywuje i odtwarza do czasu, aż zostanie ULECZONA.

Dlatego trzeba się skonfrontować z raną matczyną. Bo nie ma znaczenia, jaka osoba będzie kolejną w relacji z takim człowiekiem, który tej rany nie uleczył jeszcze – każda kolejna relacja będzie aktywować ten schemat, pogarda i odrzucenie i tak będą się włączać na automacie. Wstyd będzie to sabotować, bo system nerwowy chce chronić przed powtórką bycia zajechanym/zajechaną przez emocje mamy i, w efekcie, zamykać kompletnie na dokładnie to, czego my, z tą raną, tak naprawdę pragniemy najmocniej: bezwarunkowej miłości, której pierwszym źródłem dla każdego była zawsze mama.

Żeby więź w relacji stała się bezpieczna, miłość trwała, żeby POZOSTAĆ, gdy robi się PRAWDZIWIE, są kroki potrzebne do przejścia:

  • Uleczyć raną matczyną
  • Przebudować reakcje systemu nerwowego
  • Nauczyć się pozostawać w obecności i w ciele, gdy intymność i bliskość aktywuje ból
  • Zbudować w sobie przepustowość emocjonalną
  • Stworzyć w swoim wnętrzu przestrzeń pojemną na więź i bliskość emocjonalną w każdej odsłonie emocji bez potrzeby ucieczki, wycofania, czy zamknięcia

Do czasu uleczenia rany matczynej, zawsze będziemy widzieć miłość i związki jako pułapkę i odpychać od siebie właśnie to, czego najbardziej pragniemy.

Bardzo bym chciała, żeby ten świat był coraz pełniejszy ludzi, jacy są w stanie się zreflektować i zatrzymać w chwili, gdy włącza się mechanizm ucieczkowy. Ja też uciekałam! Mój Ukochany – tak samo! Ale myśmy postawili na miłość, prawdę i wolność, więc zaczęliśmy działać w zgodzie z tymi wartościami i, z uporami maniaków, ciągle tłumaczyć sobie, że nasze narracje nie są nami, że to tylko historie i nie muszą się powtarzać.

To się da zrobić.

Pracowałam już z ponad tysiącem osób i każda miała jakąś formę rany matczynej. Prawda jest taka, że jej nie da się „wyłączyć”, ale da się ją otworzyć tak, by zabliźniła się już dobrze i nie jątrzyła dalej.

Jeśli czujesz, że w tym mogę Ci pomóc, to daj znać. A jeśli nie ja – znajdź dla siebie taką osobę, przy jakiej poczujesz zaufanie i działaj. Działaj z miłością do siebie i dla swoich związków. Bo relacje… to życie.

Twoja,
Sabina

Dodaj komentarz

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.