You are currently viewing Kiedyś byłam osobą, która…

Kiedyś byłam osobą, która…

Kiedyś byłam osobą, która nie była jeszcze w pełni połączona z pełnią swojej kobiecości.
Wybierałam sobie fragmenty mojej istoty, jakie są godne wyrazu, akceptowalne, fajne do przyjęcia, zabawiające, hot, bystre, kompetentne, porządne.
I inne takie, wiecie… “Dobre”.

Tak naprawdę to byłam...

Tak naprawdę to byłam potulną istotką, która chciała bardzo myśleć o sobie, że jest super, a po prostu nie pozwalałam sobie na pełnię wyrazu, na przejście przez inicjację swojej kobiecości i trzymałam się w ciasnym gorsecie przekonań i zabraniania sobie tego, co myślałam, że było “za bardzo”, albo “nie dość”.
Niedości i zabardzości za rączkę idą.
Zmęczyło mnie to.
Załamałam się. Na ciele, na duchu, emocjonalnie… Stępiłam się.
Efektem tego, że nie pozwalałam sobie czuć się kompletną, a tylko fragmentaryczną, było to, że nie potrafiłam się śmiać z brzuszka, nie potrafiłam się wzruszyć, nie potrafiłam się cieszyć, nie potrafiłam walnąć o dno by się odbić. Nie potrafiłam, bo sobie nie pozwalałam.
Nie pozwalałam sobie, bo jako dziewczynka nie byłam jakaś za bardzo, ale dla otoczenia czasami tak. I przyjęłam wiarę o sobie, że jestem za bardzo i tego nikt nie zaakceptuje.

Emocjonalnie...

Emocjonalnie – GNIŁAM w bezruchu, jaki uznałam za “porządny”.
Do czasu aż się zmęczyłam tym i załamałam. Nie dlatego, że sobie pozwoliłam. Po prostu moje ciało tego już nie wytrzymało. Okresy otępienia przerywane były chwilami rozpaczy, a ja bałam się, że jeśli pozwolę sobie czuć więcej, to będzie to tylko jak ta rozpacz.
Jakże się myliłam… Mówię dziś z perspektywy tego, że to przeszłam. Ale gdy wstępowałam w czucie – przede wszystkim swojego ciała – to najbardziej opierałam się właśnie czuciu tego, co intensywne. Mój system nerwowy przyjął, że intensywne, to niebezpieczne.
A prawda jest taka, że intensywne, to żywe.

Chciałam sobie pomóc

Chciałam sobie pomóc, więc zwróciłam się o przewodnictwo, szukałam dla siebie czegoś, co mi pomoże.
Byłam kobietą szukającą czegoś więcej niż coachingowe „ogarnij się”, czegoś głębszego niż „zbuduj pewność siebie”…
Gdybym czuła, że moje ciało woła o uwagę, a dusza tęskni za czymś pierwotnym, miękkim, pełnym prawdy i przyjemności…
To właśnie słowa o tym, bym się pokochała w pełni, mnie zatrzymały.
Bo to nie jest coaching, to wezwanie do powrotu do siebie.To jest Tantra, Tao, procesy czułego obejmowania siebie w stanach hipnotycznych, kołyszące medytacje i autentyczne rozmowy w kręgu takich, jak Ty. Takich, jak MY.

Zrobiłam to

Zrobiłam to. Robię to wciąż. I oszołomiona głębią i wartością tego, czego nabrałam we własnych procesach, zapragnęłam ten dar nieść dalej. Bo jest tyle Kobiet takich, jak ja wtedy!
Nie mówię „napraw się” – mówię: „przyjmij siebie”.
Nie krzyczę hasłami – tylko szepcę do tego miejsca w Tobie, które być może dawno już przestało wierzyć, że może być inne życie.
I właśnie przez to zapraszam.

Zaproszenie do świątyni

To, co stworzyłam, to zaproszenie do świątyni.
Do Ciebie.
Zaproszenie ma to do siebie, że można je odrzucić. Nie trzeba go przyjmować. To jest jego piękno: daje wybór.
Ale na jakimś etapie przestałam takie zaproszenia odrzucać i jedno przyjęłam.
I wiem już teraz: przyjęłam tak naprawdę SIEBIE.
Z lekkim niepokojem, ale z jeszcze większą ekscytacją. Bo wiedziałabym, że wracam do siebie.
Może więc moje nadchodzące warsztaty online dla Kobiet takich, jak ja wtedy, delikatnie śpiewają też w Twoją stronę.
Moje zaproszenie jest otwarte.

Pamiętaj: nie trzeba tego przyjmować. Sam fakt, że szukasz dla siebie takich treści oznacza, że tak, jak ja kiedyś, tak i Ty JUŻ JESTEŚ NA DRODZE DO SIEBIE.

I za to Cię celebruję Kochana.

Z czułością,
Sabina

Dodaj komentarz

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.