W poniedziałek prowadziłam Kobiety przez praktykę słuchania szeptu Yoni. I wiecie, co usłyszały? Nie pojawiły się żadne wielkie objawienia, ani żadne świetliste wizje.
Nie było też niczego, co niektóre duchowate środowiska obiecują: że nagle, po połączeniu się z esencją siebie, zmieniasz się w kapłankę księżyca, pola kwantowe Cię głaszczą po skórze i nagle obfitość płynie strumieniami, a Ty czujesz się jak bogini wcielona.
Dla jasności: takie odczucia się pojawiają w procesach ucieleśniania połączenia z ciałem będąc kobietą, ale nie jest tak, że to jest trwałe i odtąd, na zawsze, jest tylko zajoniście.
Trochę mnie osobiście bulwersuje powtarzane przeświadczenie o tym, że można przeskoczyć miejsce zobaczenia siebie w AKTUALNYM położeniu i od razu wskoczyć na multiorgazmiczość i lekkość. To marketing jest, niekoniecznie realia. On nie pokazuje procesu, a ten bywa… bardzo przyziemny. A jest najcenniejszym, tak naprawdę.
Jedna Kobieta usłyszała, że jej Yoni potrzebuje odpoczynku.
Druga spotkała ogrom złości i usłyszała: „mam cię w dupie”.
Trzecia usłyszała coś, co tak naprawdę wiedziała już od dawna.
Jako prowadząca proces, poczułam ponownie, że najczęściej właśnie tak wygląda prawdziwy kontakt ze sobą. Nie zawsze spektakularny, czasem niewygodny. Najczęściej: bardzo prosty.
Bo ciało naprawdę nie mówi skomplikowanym językiem.
Ono mówi:
“zwolnij.”
“przestań się opuszczać.”
“odpocznij.”
“zauważ swoją złość.”
“zaufaj temu, co już wiesz.”
Właśnie to bywa najtrudniejsze
Moim doświadczeniem było to, że gdy zaczęłam wreszcie budować kontakt z moim ciałem i z najbardziej esencjonalną częścią mojej kobiecości, czyli z moją yoni, to na początku to ja czułam jedno wielkie NIC. A potem poczułam ogromną złość i masę żalu mojej yoni do mnie. To było dla mnie okropnie przykre w odczuciu, a po czasie już wiem, że było nie tylko potrzebne, ale stanowiło pierwszy kontakt, pierwsze wejście w relację ze sobą. Te pierwszy kontakt naprawdę nie bywa super przyjemny czasem.
Właśnie to bywa najtrudniejsze: nie usłyszenie siebie, a potraktowanie siebie z szacunkiem i poważnie. Dla przykładu: jeśli przez lata byłaś tą, która dawała radę, ogarniała, rozumiała wszystkich wokół i potrafiła funkcjonować mimo zmęczenia, to nagle usłyszeć:
“potrzebuję odpoczynku”
może wydawać się wręcz niepraktyczne. Nie na miejscu takie.
Jeśli przez lata nauczyłaś się być miła, wyrozumiała i nie sprawiać problemów, to spotkanie własnej złości może być przerażające.
A jeśli od dawna wiesz, co jest prawdą w Twoim życiu, to usłyszenie tego po raz kolejny może budzić frustrację.
Bo przecież chciałabyś dostać nową odpowiedź, jakieś rozwiązanie i kierunek.
A ciało czasem odpowiada: “Kochanie, ja już od dawna próbuję Ci to powiedzieć.”
To dlatego prawdziwa transformacja rzadko zaczyna się od kolejnego odkrycia. Znacznie częściej zaczyna się od decyzji. Że potraktujesz siebie poważnie i odpoczniesz, gdy ciało o to prosi.
Że postawisz granicę i ją utrzymasz oraz nie będziesz jej uzasadniać z poczuciem winy.
Że przestaniesz umniejszać temu, co czujesz.
Że zrobisz miejsce na prawdę, którą już znasz.
Że przestajesz żyć wbrew sobie, a z ukochiwaniem siebie.
I właśnie to obserwuję w Kobietach, z którymi pracuję. Nie stają się bliższe ideałowi, ani nie dorastają względem własnych oczekiwań na sobie. Stają się bliższe sobie.
A z tej bliskości rodzi się wszystko inne.
Także rozkosz. Bo rozkosz bardzo rzadko pojawia się tam, gdzie przez lata nie było miejsca na własny głos. Rozkosz pojawia się w OBECNOŚCI i w KONTAKCIE ze sobą.
Ściskam Cię czule,
Sabina