Prawo przyciągania, to tak modna i fajna fraza… Afirmacje, manifestacje, high vibes… Równie modne i fajne.
Przejechałam się na tym bardzo mocno i podzielę się dziś wnioskami.
Z mojego zapału neofitki w rozwoju z 2017 roku, zostało mi tylko ciepełko. Zdecydowanie bardziej ugruntowane i bezpieczniejsze.
Przejechałam się na tej fali rozwoju duchowatego naprawdę mocno.
Dlaczego?
1) Te narzędzia, zamiast ego rozpuszczać - strasznie je wzmacniają.
A jak wiadomo, cierpienie rozpoczyna się tam, gdzie zaczynamy całe skupienie kierować na siebie.
Pamiętam moje myśli: jestem oświecona, czuję aury, “odblokowałam” czakry, uwolniłam emocje.
Czaicie – każde zdanie z podmiotem “JA”.
A w ogóle, to to jest taka bzdura… każdy dobry psycholog wyjaśni bez problemu, że nie istnieje coś takiego, jak ‘zablokowane’ emocje.
Są emocje kanalizowane nieodpowiednio, ale nie ma “zablokowanych”. Co my – z betonu jesteśmy?
I każda tantrika się w głowę puknie na koncept “zablokowane” czakry, bo ta energia i tak płynie, co najwyżej ulega stagnacji.
I jakże nudne, powtarzam: NUDNE jest realne patrzenie na naturę emocji i energii cielesno-duchowej, o których odpowiedni przepływ trzeba dbać w KAŻDEJ godzinie, DO KOŃCA życia, aktywnie to doglądając i regulując.
Ale to nie brzmi fajnie, prawda? Ja wtedy wierzyłam, naprawdę święcie wierzyłam, że wystarczy magiczna sesja na ustawieniach, albo jakieś duchowe pierdulutu na wysokich wibracjach i koniec.
No nie, nie koniec.
To jest jak z myciem zębów: to się robi codziennie, a nie siedząc w gabinecie dentysty z rozległą próchnicą prosić lekarza o magiczną pastę, żeby tak raz na zawsze teraz ta cała próchnica się cofnęła i ja nawet przy nim te ząbki dokładnie umyję i ona ma mi obiecać efekt.
Codzienność i powtarzalność wydaje się po prostu nudna i dlatego wolałam wtedy magię.
2) wysokie wibracje i manifestacja
“jak będziesz smutna, to przyciągasz smutek”
“bądź obfitością, pieniądze lubią taką energię”
“jak jesteś zła, to masz coś do przepracowania”
“ukochaj wujka, co cię obmacywał, on inaczej nie umiał”
Nie no, brawo.
Duchowy bypass, wyparcie, odczłowieczenie i pudrowanie śmierdzącego gówna w jednym.
Jak będę smutna, to będę smutna. Mam Tantrę – opadam w akceptację i wyciągam ze smutku głębokiego znaczenie dla siebie i robię z niego paliwo: naukę, doświadczenie i zasób życiowy.
Jestem obfitością. Po prostu. A pieniądze nic nie mają do obfitości. To tak, jakby gadać, że do miłości potrzeba relacji cielesnej z drugim.
Jak jestem zła, to znaczy, że widzę jakąś niesprawiedliwość, lub czuję się bezsilna, ale mój gniew jest mi zajebiście potrzebny, bo jak inaczej miałabym pozostać taka namiętna?! Co więcej, jeśli czuję, to znaczy, że ŻYJĘ i jestem po prostu człowiekiem!
Nie będę ukochiwać nikogo, kto mnie skrzywdził, lub wykorzystał moją bezbronność. Mogę SOBIE wybaczyć, że nie miałam środków do ochrony siebie, mogę zrozumieć tok rozumowania oprawcy, ale nie będę usprawiedliwiać jego decyzji i brać na siebie niczego! To klasyczny, ładnie opakowany victim blame i nic innego, jak opudrowana agresja!
3) Afirmacje
“mam miliony na koncie”
“co rok robię się młodsza’
Serio?
Mój mózg WIE, jaka jestem i na podstawie imponujących obliczeń danych, jakich moje oko nie zobaczy, totalnie widzi i wie, co na tę chwilę jest mi prognozowane.
Te afirmacje w takiej formie, jak to wtedy robiłam i jest obecnie podzielane u masy ludzi, to auto-gaslight na najwyższym biegu. Czynne okłamywanie się i mało tego, pozostawanie w bezruchu. No bo jak będę świadomie kreować myśli, to one mi zrobią to, co chcę, no nie?
Tak na serio, to naprawdę proszę o taką osobę, która zawsze jest w 100% świadoma swoich myśli. Nie znam takiej. Ja jestem zwykłą kobietą, która ŁAPIE się na myślach, w najlepszym wypadku je czasem koncentruje wokół czegoś, ale na tyle już świadomą swoich ograniczeń, że WIEM, że 95% moich myśli nigdy nie poznam. Są w podświadomości i są w nieświadomości, więc sorry, ale nie przebuduję dna oceanów głaskając pojedynczą falę nad Bałtykiem.
4) Jest jeszcze coś ważnego:
w ruchach osób opowiadających się za prawem przyciągania, afirmacjami i wysokimi wibracjami, prawie nie ma nikogo, kto by to podważał.
Kurczę, dla mnie to jest co najmniej dziwne.
Uczyłam się hipnoterapii i na zajęciach co chwilę były wątpliwości, dyskusje, wyciąganie wniosków z badań, dzielenie się empirycznymi wglądami. Podobnież z Tantrą – szkolenia u Sarity codziennie miały kółko dyskusyjne, gdzie każdy głos – zwłaszcza podważający metodę, czy praktykę – był wysłuchany i czule poprowadzony.
Natomiast będąc dawniej hiperaktywna w grupach zrzeszających afirmujących i wysokie wibracje, gdy tylko przyznałam się któregoś razu, że mam gorszy dzień i nie wiem, co robię w tym afirmowaniu źle, to feedback był… OKRUTNY. Że pewnie muszę przepracować coś w sobie, że pewnie nie skupiam się na wysokich wibracjach, że może emituję niskimi wibracjami i dlatego wysokie mnie omijają (sic!)
5) OK, ale coś z tego musi przecież być dobrego, jestem gdzie jestem, bo uwierzyłam w ten bełkot kiedyś.
Wizualizacje są bardzo inspirujące – jeśli chodzi o afirmacje, manifestacje i prawo przyciągania, to zachowałam sobie stwarzanie sobie stanów emocjonalnych. Wszystko łatwiej się układa w codziennych, rutynowych działaniach, jakie podejmuję z determinacją. DETERMINACJĄ. I z dyscypliną, bo to jest konieczne. I spójnością wybierając ciągle to, co jest słuszne z moimi założeniami, ale to nie wyklucza wysiłku. Po prostu zaakceptowałam, że zbudowanie czegoś od zera, lub przebudowanie czegoś, wymaga nakładu energii (pracy, czasu i skupienia). I nie będę się okłamywać, że nie.
Nauczyłam się – i też staram się to pokazać Klientkom i Klientom – że nie, nie dostaniemy tego, co chcemy i o co afirmujemy. Dostaniemy klarowny obraz tego, co jest POTRZEBNE, żeby przybliżyć sobie to, czego chcemy. Ale nie, siłą świadomości nie zagniemy czasoprzestrzeni.
Afirmacje dają DYSKOMFORT. Umysł wspaniale pokazuje rejony do pracy, więc temu trzeba się poddać.
Mogę teraz wkurzyć niektóre osoby broniące, że wystarczy afirmować i wszystko się przyciągnie, ale gdyby zamienić ilość czasu spędzoną na oglądanie tych wszystkich materiałów o prawie przyciągania i medytowanie o tym na czas realnego działania na rzecz tego, co jest faktycznie przydatne, to to całe przyciąganie byłoby zwyczajnym wynikiem reakcji: bodziec-efekt.
Summa summarum, nie dajmy się zwariować.
Terapia – działa. Rozłożona na lata, ale daje trwały efekt.
Działanie zgodne z założeniem – działa. Bez spektakularnych kroków, ale na przestrzeni 10 lat, naprawdę widać skok.
Stoicyzm, budowanie przepustowości emocjonalnej, radykalna akceptacja, odpowiedzialność i przyjęcie, że to nie świat jest coś winien, tylko my mamy coś od siebie dać na jakimś etapie – to źródło głębokiego poczucia spełnienia
Z miłością,
Sabina
Sabina